Strona Główna
  Historia
  Kościół
  Galeria
  Matka Boska Rajbrocka
  Wernyhora
  Jak do nas trafić
  Przyroda
  Szkoły
  Turystyka
  Z pergaminów
  Cmentarze
  Spichlerz
  Śladami wojen
  Opinie o stronie
  Kontakt
  Linki


 Tragedia na Mulowcu

      Ze wspomnień ludzkich próbowałem niegdyś odtworzyć tragedię 23 listopada 1944 roku której suchy i lakoniczny opis znalazłem niegdyś w raporcie "Sprawa dywizji SS-Galizien"  opisującym zbrodnie ukraińskiej dywizji SS, której oddział stacjonował wówczas w Muchówce:
"23-24 listopada 1944. Oddział ukraińskiej dywizji SS-Galizien [..,] zaatakował Rajbrot [...] faszyści ukraińscy spalili dwa gospodarstwa, zastrzelili 2 osoby"

Opowieści ludzi pamiętających owe wydarzenie różniły się jednak pomiędzy sobą. Pozostawały źródła. Pierwsze ślady odnalazłem w kronikach, relacje te zmieniały jednak liczbę ofiar tragicznego wydarzenia:
  "(...) Nastepnym zdarzeniem było spalenie przez niemiecką obławę dwóch gospodarstw 
w części Rajbrotu zwanej "Mulowiec". W domach tych były ukrywane oddziały partyzantów. Jednego czwartku do dnia Niemcy otoczyli te domy i rozpoczęli ogień. Dwa gospodarstwa zostały spalone, a w nich wisiały zwłoki gospodarza Odrońca i 3ech partyzantów. Inni zdołali ujść w lasy."

 "W listopadzie(23.11.1944 r.) znów przerażający w skutkach wypadek. Na Muchówce stacjonuje silny oddział niemiecki, mający na celu opanowanie okolicznego podziemia. Ktoś 
z Muchówki zdradził Niemcom melinę „zakwaterowanie” partyzantów na terenie Rajbrotu. Przed wschodem słońca od Rakowca najazd Niemców na wieś. Nikt nie zna celu, tym gorzej! Idą w Nagorze – na Kucek na Mulowiec bo tu u Wawrzyńca Odrońca jest właśnie melina( tu w znaczeniu - kryjówka). Z zapartym oddechem oczekujemy coś, o czym nikt jeszcze nic nie wie. Po niejakim czasie słychać strzały, granaty, za chwilę pożar jeden, drugi 
i trzeci. – Niemcy napadli Mulowiec znienacka (melinę na Mulowcu), zastali tam pięciu partyzantów, (inni byli gdzieś na „robocie”), otoczyli zabudowania, obsypali strzałami, po czym weszli do domu zastając ś.p. Wawrzyńca Odrońca na klęczkach modlącego się przed obrazami, celnym strzałem położyli go trupem, uciekających partyzantów trzech zamordowali, jednego dopadli żywcem, piąty zaś spłonął z domem.

           Mimo zakazu pochowaliśmy trzech bohaterów na cmentarzu, pod zgliszczami odgrzebano zwęglone resztki  Odrońca i partyzanta, którym urządzono manifestacyjny pogrzeb 27 listopada b.r. (poniedziałek).

            Lecz  Abyssus invocat abyssum, jedna zbrodnia pociąga drugą. Jeszcze nie ucichła parafia z tego wypadku, gdy to wstrząsa wsią nowa zbrodnia.(...)"

        Po pewnym czasie, dzięki dokumentom znalezionym w kancelarii parafialnej, udało się dotrzeć do świadectwa współuczestnika tych wydarzeń. Oto więc  o wiele pełniejsza 
 i obszerniejsza relacja - fragmenty wspomnień które otrzymałem od p. Mariana Kluszyckiego, dowódcy oddziału partyzanckiego stacjonującego wówczas na Mulowcu: 

Ze względu na zbliżające się chłody i zimę, nie można było powrócić do ziemianek, (...) 
a zimno było też w stodołach, dlatego oddział nasz ulokował się w dwóch domach - Wawrzyńca Odrońca i Orła, na pograniczu Kamionki Małej i Wojakowej. Zagęszczenie tego rejonu partyzantami daleko przekraczało granice bezpieczeństwa. Poniżej, w sąsiednich domach zakwaterował się ppor. "Meteor" ze swoją grupą około 10 ludzi, wśród których znajdował się ppor. Stanisław Stach "Turek", rodem z Turka, wysiedlony wraz z rodziną do Uszwi. Do grupy tej dołączył po likwidacji mojego oddziału w grudniu pchor. Adam Pietras "Ptak" z Nowego Sącza. Również w tym rejonie zakwaterował por. "Jawor" z resztką plutonu "Janina" ze zgrupowania "Leliwy". Jakby nie dość było tego leśnego wojska na tym szczupłym terenie, o jeden kilometr w kierunku Rajbrotu rozłożył się w kilku domach oddział partyzancki obwodu bocheńskiego, o ile się nie mylę, pod dowództwem "Downara" - ten sam, który niedawno rozbił więzienie w Wiśniczu uwalniając kilkudziesięciu więźniów, z których większość a zwłaszcza tych z odległych rejonów Polski, pozostała w oddziale. Wśród uwolnionych był młody ksiądz, który w zgrupowaniu poza funkcją duszpasterską pełnił drugą, bardzo pożyteczną funkcję kucharza. Byłoby chyba cudem gdyby o takiej masie partyzantów nie dowiedzieli się Niemcy! Ale o tym później.

Na razie dnie upływały na normalnym, partyzanckim trudzie. Patrole, ubezpieczenia, wywiady, kontakty z okolicznymi placówkami AK i BCh, organizacja i transport żywności jak i małe doraźne akcje na zlecenie miejscowych placówek(...)
Zaopatrzenie w żywność płynęło z KO uzupełniane dobrowolnymi świadczeniami ludności. Za pośrednictwem znanego już nam kpr. Różańskiego "Sokoła" na życzenie rolnika nawiązany został kontakt z Adamem Bryniakiem z Będzieszyny, członkiem AK, który ofiarował jedną jałówkę wagi około 250 kilogramów. Wypiek chleba dla wszystkich trzech oddziałów / mojego, "Meteora" i "Jawora"/ został zorganizowany w Wojakowej u rolnika. Przydzielono do pomocy przy wypieku, do rąbania drzewa i transportu dwóch partyzantów. Koni do transportu mąki, chleba i innych artykułów użyczał nieodpłatnie proboszcz parafii Wojakowa, Aleksander Budacz.

W związku z wypiekiem chleba zaistniał wypadek, który mógł spowodować tragiczne w skutkach następstwa. W godzinach popołudniowych pewnego listopadowego dnia, do domostwa wypiekającego chleb zajechało bryczką 3 żandarmów z Królówki i zaskoczyło
 na dworze jednego z dwóch partyzantów. Drugi zdążył się ukryć w sąsiednim zagajniku. Partyzant zatrzymany przez żandarmów, jako do niedawna pracownik poczty /Deutsche Ostpost/ nie posiadał przy sobie żadnych dokumentów, które mógłby okazać przy legitymowaniu. Żandarmi zatem aresztowali pocztowca, wsadzili na bryczkę i skierowali się
 w drogę powrotną w kierunku Rajbrotu. Jak zrelacjonował potem pocztowiec, żandarmi byli podpici a na teren Wojakowej, należącej do powiatu brzeskiego, przyjechali z powiatu bocheńskiego, wcale nie w sprawach służbowych lecz rabunkowych, czego dowodem była skrzynia z drobiem, jajami i bimbrem. O aresztowaniu partyzanta zostałem zawiadomiony wprost błyskawicznie tak, że w chwili meldunku gońca, żandarmi byli jeszcze w drodze do Rajbrotu. Kwatera nasza znajdowała się w górze, nad drogą w odległości około 2 kilometrów. Zapadła natychmiastowa decyzja uwolnienia aresztowanego. Skrzyknąłem 
w trybie alarmowym ośmiu ochotników i momentalnie rzuciliśmy się pełnym biegiem ze wzgórza w dół z lekceważeniem wszelkich zasad konspiracji. Zdyszani wbiegliśmy do pierwszych zabudowań Rajbrotu pytając o żandarmów, którzy według relacji mieszkańców przejechali przed kilku minutami. Mieliśmy nadzieję, że przecież żandarmi gdzieś po drodze we wsi się zatrzymają, a jest to wieś duża, ciągnąca się na przestrzeni 5 kilometrów. Zażądaliśmy koni z wozem. Broń złożyliśmy na dnie półkoszka, a w wozie zajęło miejsca 8 ludzi, którzy już swoim młodym wiekiem, jadący pełnym galopem przez wieś robili na mieszkańcach niesamowite wrażenie. Nic zatem dziwnego, że już przy zaprzęganiu koni powstał płacz kobiet i dzieci. Mężczyźni natomiast zachowali się godnie, bez szemrania. Pościg rwał przez wieś niczym straż pożarna, mijały kilometry a żandarmów nie widać. 
Z upływem każdej minuty rosło zniecierpliwienie i świadomość zagrożenia. Wszak w każdej chwili mogliśmy się natknąć na jakiś oddział niemiecki. Wiedzieliśmy wprawdzie, że 
w Rajbrocie żadne formacje niemieckie nie kwaterują, ale przecież sytuacja mogła się zmienić z godziny na godzinę. Zacząłem sobie uświadamiać odpowiedzialność za życie żołnierzy, a
 i własne nie uśmiechało mi się ryzykować, ewentualne ofiary wśród mieszkańców Rajbrotu, wątpliwości w powodzenie akcji, zwłaszcza wobec przedłużania się pościgu. Zabudowania zaczęły rzednąć, a więc kończy się Rajbrot! Może to i lepiej, gdyż i widoczność będzie lepsza i starcie z wrogiem w polu bezpieczniejsze dla mieszkańców. Postanawiam gonić żandarmów jeszcze kilkaset metrów, a w razie niepowodzenia pościgu - odwołać akcję. Komunikuję to żołnierzom i woźnicy. Jeden z żołnierzy kwituje krótko: czekaliśmy na to odwołanie, panie poruczniku....

Niebawem pożałowałem tej mojej chwili słabości - jak to sam oceniłem: może niektórzy ocenią, że stchórzyłem, poświęcając kolegę, a przecież mogłem z tej sprawy wyjść bohatersko. Oto za rzędem drzew przydrożnych ukazała się otwarta przestrzeń, a na jej końcu bryczka. Lornetka do oczu - tak, to są żandarmi. Woźnica okłada konie niemiłosiernie batem, chyba wylądujemy gdzieś w rowie, bo konie zaczynają ponosić. Ścigani jednak jadą jak na majówkę. Nie zauważyli nas? Co to? Bryczka staje i wyskakuje z niej człowiek. Lornetka do oczu - tak! To pocztowiec, nasz partyzant! Idzie w naszym kierunku. Zatrzymujemy wóz, już jest z nami. Zawracamy, ostrym kłusem wycofujemy się. Z wypowiedzi uratowanego wygląda, że bez naszej interwencji byliby go zwolnili dzięki wódce, która coraz bardziej, jak mu się wydawało, szumiała im w głowach, jak i dzięki mądremu tłumaczeniu się aresztowanego. Po prostu powiedział, że przyjechał do znajomych, aby zarobić na żywność dla rodziny. Może i miał rację, ale w takim razie dlaczego go aresztowali i wieźli kilka kilometrów? Machnąłem ręką na dociekanie prawdy, skoro osiągnięty został cel - uratowanie człowieka z łap zdemoralizowanego wroga.

Na kwaterze witano nas jak bohaterów, wszystkim udzieliła się radość z odzyskania kolegi     i to bez rozlewu krwi. Pomyślałem sobie: jacy tam bohaterowie, po prostu ryzykanci...

I już potem zaraz upragniony sen a od rana krzątanina aż do wczesnego zmroku, ostatnia wspólna kolacja i w drogę. Nie pamiętam dziś z całą pewnością, w jakiej miejscowości znajduje się ten cmentarz legionowy, wydaje mi się, że w Kamionce Małej. W ciemności nocy ze swymi obeliskami, krzyżami, nagrobkami, murem zewnętrznym, wszystko w dobrze utrzymanym stanie, wśród ciszy nocnej i szeptem prowadzonej rozmowie, robił tajemnicze, niesamowite wrażenie. I znów krótka zaduma... Ci żyjący tułacze, spotykają się na miejscu wiecznego spoczynku tych nie żyjących, również tułaczy, którzy mieli nadzieję przeżycia i doczekania wolnej Ojczyzny. Gdzieś w powietrzu jakby zabrzmiała, jak leśne echo, melodia:
"Z trudu naszego i znoju, Polska powstanie by żyć". I my, i tamci spotkaliśmy się na tym miejscu z winy tych samych, butnych, drapieżnych "Kulturtragerów". Jeszcze krótkie, milczące podanie dłoni i poszliśmy: my i oni w swoją niewiadomą przyszłość, aby spełniło się przeznaczenie. Wśród ciszy nocnej zorientowałem się, że pozostaliśmy sami we dwóch.

I znów popłynęły szare, jesienne dni doli partyzanckiej. Patrole, ubezpieczenia, drobne akcje dywersyjne na zlecenie sąsiednich placówek, transport żywności, kontakty w sprawach łączności.

Pewnego dnia załatwiałem pewne sprawy na drugiej kwaterze oddziału w domu Orła. Wtedy zwrócił moją uwagę nieznany mi mężczyzna, lat około 40, który przeprowadzał jakąś rozmowę z gospodarzem. Gospodarz ten z chwilą naszego zakwaterowania w jego domu odesłał przezornie żonę z dziećmi do rodziny, zajmując samotnie całe skromne domostwo wraz z naszymi partyzantami. Przezorność ta niestety niedługo miała okazać się słuszną. 
Po odejściu nieznajomego zapytałem gospodarza, kim był ten człowiek i jaki był cel jego odwiedzin. Wyjaśnienie chłopa, że jest to mieszkaniec Królówki pochodzący z Kamionki, niejaki K********, zainteresowany kupnem baranów gospodarza, nie uspokoiło mnie. Pozostał jakiś niepokój, niestety zlekceważony przeze mnie. Minęło kilka dni, w międzyczasie zapomniałem o tej wizycie nie przedsiębiorąc żadnych specjalnych środków ostrożności.



W kilka dni potem wieczorem przybrałem sobie grupę 5-6 ludzi z mojej kwatery u Odrońca
 i udałem się w dół do Wojakowej na plebanię, do ówczesnego proboszcza Aleksandra Budacza, celem wynajęcia koni do transportu różnych artykułów żywnościowych, w tym również chleba wypiekanego we wspomnianym już domostwie. Transport taki nie należał do łatwych ze względu na stromość terenu i złą, nieutrzymaną drogę a w dodatku na uciążliwą, listopadową pogodę. Wieczorem jednak zaczął chwytać mróz, wobec tego chłopcy jak i sam ksiądz poradzili, aby z transportem przeczekać do świtu, kiedy ziemia zamarznie - wtedy transport będzie łatwiejszy. A chłopcom od razu poweselały miny, gdyż na poczekaniu powzięli plan / a może wcześniej już to omówili /: po prostu w jednym z najbliższych domów urządzili "potańcówkę". Znaleźli się muzykanci i dziewczęta. I znów spotkałem tam moich BeChowców.
Czas do godziny trzeciej szybko minął, po czym zabraliśmy się do wykonania zadania. Ruszył transport wśród mglistej i ciemnej nocy żółwim krokiem, pokonując stromą trasę metr po metrze. Wreszcie na jakimś równiejszym skrawku terenu postanowiliśmy dać odpoczynek koniom. I wówczas była sposobność do rozejrzenia się w terenie jeszcze ogarniętym ciemnością nocy i mgłą. Mimo mgły przebijać się zaczęła jakby łuna, zrazu nieznaczna, potem coraz wyraźniejsza. Błysnęła mi w głowie płochliwa myśl: to przecież na kierunku naszej kwatery ta jasność, ale odpędziłem od siebie to straszne przypuszczenie i nie wypowiadałem go głośno. A jednak usłyszałem z ust któregoś z chłopców: Panie poruczniku, to chyba nasza kwatera! Już nie miało sensu uciekać tchórzliwie myślą od strasznej rzeczywistości a działać, o ile to jeszcze coś pomoże. Wprowadziliśmy wóz do najbliższego podwórza a sami biegiem udaliśmy się w górę. Do najbliższego zabudowania tuż przed naszym lasem Piotra Kosakowskiego, drużynowego AK dzieliła nas przestrzeń około pół kilometra. Ten chyba coś wiedzieć powinien! Pomimo nocy - była godzina około 5 - zastaliśmy całą rodzinę: dorosłych i dzieci ubraną, gotową do ukrycia w razie niebezpieczeństwa pacyfikacji. Kosakowski, człowiek odważny, zakradł się pod płonące zabudowanie i teraz relacjonował nam straszną prawdę: nic już tam nie pomożecie, dom dopala się do końca a Niemcy już odeszli w kierunku Rajbrotu. Na pogorzelisku pustka i cisza, tylko ogień trzaska złowrogo, walą się resztki ścian. A jednak trzeba było tam iść, przecież w domu było 6ciu żołnierzy i gospodarz z córką a na dworze jeden żołnierz na posterunku! Może ktoś uszedł z życiem, schronił się ranny w lesie i oczekuje pomocy?
Pogorzelisko przedstawiało wstrząsający widok. Jeszcze tliły się resztki głowni, parzyłą cegła
 i glina. W załomku muru, jakby w kącie dawnej izby częściowy szkielet człowieka. Co stało się z innymi, skoro nie spłonęli? Pierwszych relacji udzielił por. "Jawor" obecny jeszcze na dotychczasowej kwaterze. Niemcy przyszli od strony Rajbrotu, przechodząc tuż koło ścian zabudowań zajętych przez bocheńską partyzantkę, nie atakując tych kwater. Przy polnej drodze a raczej ścieżce, ciągnącej się zalesionym grzbietem od Rajbrotu do Michalczowej, stało dwa lub trzy domy - w tym dom Odrońca jako nasza kwatera. Do pełniącego służbę posterunku alarmowego podszedł cywil z siekierą pod pachą. Żołnierz widząc cywila zlekceważył niebezpieczeństwo i przypuścił go na bezpośrednią odległość. Wtedy wartownik "Zeron" dostał ogłuszający cios w głowę. Szczegóły tego tragicznego wydarzenia znane są dzięki dwóm młodym wówczas dziewczętom: 18 letniej Bronisławie Odroniec (błąd - pani Bronisława miała wówczas 32 lata, nie mogła więc być młodą dziewczyna - informacja uzyskana od rodziny) i jej sąsiadce, 16 letniej Stefanii Janik - dziś po mężu Bagińskiej z Górnej Wojakowej, która w tym dniu, jak zresztą często, spała w domu Odrońców i była świadkiem i uczestnikiem tragedii.
Pierwsze wypadły z płonącego domu dziewczęta, gdyż spały na strychu a tu pożar pod słomianą strzechą rozprzestrzenił się najszybciej. W pośpiechu nie zdążyły znaleźć i założyć obuwia, były więc boso. Tuż za dziewczętami Wawrzyniec Odroniec wpuścił bydło, którym zaopiekowali się sąsiedzi, a sam pozostał w domu gdzie spłonął. Trzech partyzantów, to jest: Marian Komorowski, lat 18 z Kuczek koło Kutna oraz BeChowcy - Bolesław Wała i Henryk Mars, lat 21 z Mogiły koło Krakowa próbowali przebić się na wolność, ledwo jednak wypadli z domu zginęli rażeni ogniem z automatów. Byli bez żadnych prawie szans, wszak sami będąc oślepieni pożarem nie widzieli napastników kryjących się w ciemności. Strzelali więc do nich Niemcy jak do tarcz. Dwaj pozostali młodzi 18 letni Lwowiacy, którzy zgłosili się do nas w rejonie Rożnowa z "Organization Todt" spłonęli wewnątrz domu. Śladów jednak ich zwłok nie znaleźliśmy w zgliszczach, widocznie spłonęli doszczętnie.
Opalone i nagie zwłoki trzech partyzantów wehrmachtowcy wrzucili na wóz gospodarski Odrońca, zaprzęgli do niego obie aresztowane dziewczęta i obydwie boso - bo tak wypadły z płonącego domu - kopane i popychane, ciągnęły wóz po czterokilometrowych górskich wertepach, a leżał już przecież śnieg. Czyż drogę Chrystusa na Golgotę nie należy uznać za mniej okrutną?
Pod cmentarzem w Rajbrocie zrzucono zwłoki partyzantów na ziemię, wtedy dopiero ktoś z mieszkańców Rajbrotu podrzucił nieszczęśliwym dziewczętom stare buty. Szły jeszcze 5 kilometrów w tych niedopasowanych butach aż do Muchówki, gdzie wsadzono je na ciężarówkę wraz z innymi aresztowanymi i powieziono do więzienia w Bochni.
Wraz z nimi prowadzono ogłuszonego partyzanta - wartownika "Zerona" /nazwisko nieznane/ oraz dwóch aresztowanych chłopów - sąsiadów Odrońca: Jakuba Żołnę, którego zabudowania Niemcy też spalili, oraz Andrzeja Orła. Jakub Żołna, wykorzystując chwilę nieuwagi eskorty oraz panujące jeszcze przed świtem ciemności, uciekł wnet po aresztowaniu. Natomiast Orzeł w czasie przesłuchania w bocheńskim więzieniu świetnie zagrał wariata. Indagowany o partyzantów miał poinformować Niemców, że owszem, widział partyzantów jak przyjechali samochodami ciężarowymi i budowali taką wysoką wieżę / chyba miał na myśli wieżę triangulacyjną, budowaną w tym rejonie przed wojną/. Niemcy, biorąc go za półgłówka - puścili wolno.
Bardzo ciekawie i szczęśliwie zakończyła się sprawa aresztowanego partyzanta. Prawdziwość tego zdarzenia potwierdziła aresztowana Stefania Janik - Bagińska. Cela jej znajdowała się na wprost celi partyzanta "Zerona", dzięki temu w dwa tygodnie po aresztowaniu obserwowała przez judasza następującą scenę: w porze obiadowej Niemców, około godziny 13:30 weszło na korytarz więzienny trzech młodych ludzi. Położyli nosem do ziemi starego wartownika, odebrali mu klucze od cel i otworzyli celę, z której wyprowadzili tylko partyzanta, po czym oddalili się samochodem osobowym. Po wojnie miałem wiadomość z drugiej ręki, że partyzant wyszedł na wolność, jednak go nie spotkałem i nie znałem okoliczności uwolnienia. Zgodnie z obowiązkiem służbowym zaraz po pożarze kwatery wysłałem raport szczegółowy do KO w Brzesku, donosząc przede wszystkim o aresztowaniu partyzanta i innych osób. Sądzę, że z raportu tego KO uczyniła właściwy użytek, organizując uwolnienie. Obydwie dziewczęta zostały zwolnione w tydzień po uprowadzeniu partyzanta.

Na tym miejscu nie sposób powstrzymać się od stwierdzenia o bestialstwie i zezwierzęceniu niemieckich okupantów, którzy skoro rozpoczęli nie wypowiedzianą nam wojnę i stosowali represje do podbitego narodu na podstawie bandyckich ustaw, to przecież te ustawy nie precyzowały do końca i nie zobowiązywały oprawców do znęcania się nad zwłokami poległych i bezbronnymi bez mała dziećmi - dziewczętami. Zarzut ten nie dający się usprawiedliwić nawet w odniesieniu do zdziczałych hord różnych formacji policyjnych, łącznie z Gestapo, SS i SD, tym bardziej godzien jest potępienia, jeżeli dopuścił się takiego zezwierzęcenia Wehrmacht, stacjonujący wówczas w Królówce i Muchówce. Stefania Janik - Bagińska oświadczyła do protokołu, jaki jej podałem do podpisu, że wehrmachtowcy strzelali do bezbronnych trzech partyzantów, którzy z podniesionymi rękami wybiegli z płonącego domu, zabijając ich. Niby to cywilizowany naród a kompletny ignorant w sprawach psychologii Polaków. Jeżeli Niemca zbijesz po pysku, posłusznie stuknie kopytami i będzie potulny jak cielak. Polak odwrotnie, zapamięta i odda z okładem. Może nie zaraz, ale przy najbliższej nadarzającej się okazji.
Już tam, na pogorzelisku, w zadumie nas ocalałych z tej kwatery, opanowały wspomnienia zaledwie sprzed kilku godzin o żyjących wówczas młodych chłopcach. Przypomniały się uroczyste obchody rocznicy Powstania Listopadowego z przed kilku zaledwie dni, kiedy Mars i Wala służyli do mszy i pojednali się z Bogiem. Czyż jako wierzący, w ten dzień przeczuli bliską śmierć, czyniąc zadość praktykom religijnym? Poznałem ich środowisko rodzinne z ust ich opiekuna krajana Włodzimierza Lelty. Obydwaj nie zdążyli przed wybuchem wojny, jako zbyt młodzi, ukończyć szkoły średniej. Kontynuowali naukę prywatnie, przygotowując się do egzaminu dojrzałości, aż działalność w ruchu oporu i osobiste w związku z tym zagrożenie, wypędziły ich z rodzinnych stron. Należeli do najbardziej zdyscyplinowanych i oczytanych chłopców w oddziale. Szereg długich wieczorów jesiennych umilali nam opowiadaniami z historii Polski.
A Marian Komorowski? Znaliśmy jego rodzinę z opowiadania. Nosił w torbie sztukę materiału sukienkowego, gdzieś zdobytą, jak mówił na prezent dla matki i komplet bielizny dla 16 letniej siostry. A ojcu co sprezentujesz? - pytaliśmy. Ojcu już nic nie trzeba, zginął na przymusowych robotach w Niemczech, w czasie bombardowania. Miał więc Marian tylko matkę i siostrę, a one tylko jego jednego mężczyznę. Poznałem obydwie biedulki gdzieś w kwietniu 1945 roku, gdy przyjechały z dalekiego Kutna do Czchowa w poszukiwaniu grobu brata i syna. Przyjechały na chybił-trafił, w niedzielę i pod kościołem w Czchowie, gdy tłum wychodził z kościoła rozpytywały o kogoś z partyzantów. Skierowano ich do mnie. Pod wpływem ich łez, których nie umiałem osuszyć, piszę to wspomnienie o nim.

Zwłoki wszystkich trzech partyzantów, pochowane tymczasowo w Rajbrocie, zostały ekshumowane przez rodziny i pochowane w rodzinnych stronach.
Bezpośrednio po pożarze opuścili dotychczasowe miejsce postoju ppor. "Meteor" i "Turek" uważając to miejsce za zagrożone i przenieśli swoje kwatery do Krosnej. Ja natomiast z ocalałą grupą przeniosłem się narazie na kwatery por. "Jawora", zakreślając sobie jako główne zadanie wyjaśnienie okoliczności tragedii, od początku podejrzewając, że miała tu miejsce zdrada. Podejrzenie takie musiało się zrodzić na tle stanu faktycznego, rozlokowania blisko siebie tylu kwater partyzanckich, a jednak żadna nie została zaatakowana i w tym też kierunku rozpocząłem zbieranie informacji. Ponadto na podstawie relacji miejscowej ludności powziąłem nadzieję, że któryś z chłopców ocalał ranny, miano go gdzieś widzieć w pobliżu po pożarze. Postanowiłem i to wyjaśnić. Dzięki przydzieleniu mi łącznika z placówki Ujanowice, mieszkańca Kamionki Małej, miałem ułatwione rozmowy w odwiedzanych w tych dwóch sprawach domach. Wersji o ucieczce rannego partyzanta z podpalonego domu mimo wielu wywiadów nie udało się wyjaśnić i w końcu zaprzestałem poszukiwań. Dopiero kilka lat po wojnie wyjaśniło się, że ocalałym był jeniec wojenny, obywatel radziecki, który po ucieczce z płonącego domu ukrył się w zabudowaniach mieszkańca Wojakowej Górnej - Goryla, podczas gdy ja go poszukiwałem w Kamionce Wielkiej.
W wędrówce od domu do domu w Kamionce Małej wraz z przydzielonym łącznikiem starałem się uchwycić jakieś nici zdrady. Zastosowałem w tych wysiłkach praktykowaną metodę, czy stary gospodarz spalonego domu - Wawrzyniec Odroniec miał sobie niechętnych lub wrogów? Owszem, powiedziano mi, że jeden z mieszkańców Rajbrotu, przed niedawnym czasem miał wykrzykiwać koło zlewni mleka w obecności wielu chłopów, że nasz gospodarz nie odstawia mleka bo "trzyma" z partyzantami. Wymieniono wówczas dwóch czy trzech obecnych wówczas pod zlewnią rolników, którzy powinni to słyszeć i potwierdzić. Jeden z nich poświadczył bez wahania, że taka wypowiedź miała miejsce, drugi z oporami, niechętnie, z zastrzeżeniem tajemnicy poświadczył również. Miejscowa komórka BCh w Rajbrocie uznała, że zebrane dowody są wystarczające i aczkolwiek pyskacz działał w stanie głupoty i niepoczytalności, jednak w warunkach terroru okupanta i z uwagi na bezpieczeństwo partyzantów i tych, którzy im pomagali, w obliczu walk na śmierć i życie zwróciłem się do placówki BCh w Rajbrocie o wystąpienie do władz powiatowych w Bochni o wyrażenie zgody na wykonanie na zdrajcy wyroku śmierci.
Przy sposobności badania tej sprawy wyszło na jaw, że człowiek ten pozostawał w częstych i podejrzanych kontaktach z innym mieszkańcem Rajbrotu, podejrzanym od dłuższego czasu o konfidencję na rzecz Gestapo w Bochni, na co miejscowa placówka BCh posiadała pewne dowody i składała meldunki przełożonym.
Pewnego dnia natrafiłem na nowy trop. W jednym z domów napotkaliśmy kobietę, wysiedloną o ile pamiętam z Poznańskiego, która zarabiała na utrzymanie handlem domokrążnym, wymieniając na żywność nici, igły, guziki i inną potrzebną w gospodarstwie domowym galanterię. W towar ten zaopatrywała się w Bochni, wędrując pieszo, z braku środka lokomocji. Ze względu jednak na zbyt dużą odległość między Bochnią i Kamionką Małą, często nocowała u pewnego mieszkańca Królówki, niejakiego K********ego, którego nie dawno widziałem na kwaterze partyzanckiej u Orła, w charakterze rzekomego kupca baranów. Wysiedlona zeznała, że w noc, kiedy w domu tego człowieka korzystała z noclegu, przybyło kilku mundurowych Niemców, którzy przy wódce, długo w noc, szeptem rozmawiali z gospodarzem w drugiej izbie. Była to noc na kilka godzin przed pożarem kwatery u Odrońca. W dniu pożaru widziano tego człowieka w Rajbrocie. Uzyskałem również inną ważną informację. K********, jako młody chłopak parobkował u Wawrzyńca Odrońca. Fakt ten podnieśli m.in. Józef i Piotr Kosakowscy. Z tego okresu K******** zachował niezapomnianą nienawiść do Odrońca z którą się nie krył. Poszedł więc wniosek o wyrażenie zgody na wykonanie wyroku śmierci.
Byłem przekonany, że we wszystkich trzech przypadkach materiał dowodowy nie jest pełny, tak jakby tego wymagał wymiar sprawiedliwości na stopie pokojowej. Był to jednak stan wojenny, jakże bardzo wyjątkowy. Wprawdzie w odniesieniu do K******** wydawał się ten materiał przekonywujący, ale przecież mógł to być zbieg przedstawionych faktów przypadkowy. Przeciwko K******** przemawiała i ta okoliczność, że jako cywil, mógł być tym, który napadł i ogłuszył wartownika, w przeciwnym razie wartownik nie byłby go dopuścił na bezpośrednią odległość. Składając wnioski skazujące liczyłem na to, że władze konspiracyjne bocheńskiego podziemia lepiej znają swój teren i w wypadku wątpliwości wyroków śmierci nie zatwierdzą. Wnioski jednak zatwierdzono. Wykonania ich podjął się ppor. "Jawor" swoimi ludźmi, w dalszym ciągu kwaterujący w tym rejonie. Wykonanie wyroku w Królówce wymagało dłuższego przygotowania, wywiadów i obserwacji, gdyż ta duża wieś była wręcz naszpikowana wojskiem. Dlatego też wyrok ten wykonano dopiero 6 grudnia. Przebieg egzekucji w Królówce znam z relacji wykonawców. Według ich oświadczenia skazany, przed powieszeniem miał przyznać się, że to on prowadził Wehrmacht na naszą kwaterę. Jako cywil miał ułatwione zadanie zaskoczenia wartownika i ogłuszenie. Sprawiedliwości czy też zemście za zdradę stało się zadość. Rozumiem, że tak ciężki grzech wobec rodaków nie mógł ujść bezkarnie, ale czy nas to usatysfakcjonowało? Skądże, przecież kara nie zwróciła życia pięciu młodym ludziom i 70 letniemu starcowi. Tragedia pozostała tragedią a nawet powiększyła się. Śmierć skazanych też była tragedią dla ich rodzin. No cóż, to wojna, straszna wojna, najstraszniejsza w naszej historii.
Przedstawiona tragedia była przysłowiową kroplą przepełniającą kielich goryczy, a dla każdego wyższego czy niższego dowódcy winna być sygnałem ostrzegawczym, że w zaistniałych warunkach nie wolno szafować życiem ludzkim. W tak zagęszczonym wrogiem terenie stale penetrowanym szwendającymi się oddziałami niemieckimi różnych formacji, przeczesywania terenu przez te oddziały w celach pacyfikacyjnych, w każdej chwili mogło doprowadzić do powtórzenia się tragedii z przed kilku dni. (...). Dlatego też postanowiłem rozwiązać oddział. Część żołnierzy z ogólnej wówczas ilości około 30 postanowiłem umieścić na wyszukanych u AKowców i BeChowców gminy Iwkowa kwaterach, kilku Czchowian skierowanych zostało na kwatery w gminie Czchów. Natomiast grupa około 8 ludzi z pchor. Adamem Pietrasem "Ptak" zgłosiła akces do oddziału ppor. "Meteora" i Stanisława Stacha "Turka", kwaterujących wówczas w Krosnej, b. pow. Limanowa. Tak więc w kilka dni po ostatnim akcie tragedii, wyrokach śmierci, postanowiłem urządzić wieczór pożegnalny.

(...). Cóż mogłem chłopcom powiedzieć na rozstanie? Chyba powtórzyć to, co przed dwoma z górą miesiącami powiedział "Skory". O zagęszczeniu terenu Wehrmachtem i formacjami policyjnymi, o stałym przeczesywaniu przez nich terenu w celach pacyfikacyjnych i penetracyjnych, o zastoju na froncie, o trudnościach klimatycznych i aprowizacyjnych, w uzbrojeniu i odzieży... Pominąłem słowa "Skorego", powiedziane chyba pod wpływem patosu, o wspólnej defiladzie zwycięstwa w wolnej Polsce. Była to zwyczajna pogawędka ludzi zagubionych, niepewnych jutra, zmęczonych, w ciemnej izbie, przy nędznym kaganku lampy naftowej. Rozejdziemy się bez patriotycznych przemówień, spojrzymy sobie tylko w oczy, w których zawisną łzy..."

"Księga sprawiedliwych" przypomina rodzinę z okolic Bochni, która pomagała Żydom - Annę Kowalik z Rajbrotu oraz jej dorosłe dzieci: Władysława Kowalika, Walerię Kowalik-Przybyłko i Władysławę Kowalik-Paprotę. Jak podaje relacja zamieszczona w książce, mieszkający w Borównej mąż Walerii - Bronisław, ukrył u siebie wyprowadzoną z getta bocheńskiego Sabinę Hollander. Oprócz niej ukrywało się tam kilka innych osób, m.in. Uszer Weinfeld oraz Janina Wulf z synem Dawidem. Aby ich schronić Bronisław i Waleria Przybyłkowe mieli przebudować piwnicę i dobrze ją zamaskować. Gdy miejsce to przestało być bezpieczne, siostra Walerii - Władysława Kowalik - przeprowadzić miała Żydów do rodzinnego domu w Rajbrocie, gdzie opiekę nad nimi przejęła matka Władysławy i Walerii, Anna Kowalik z synem Władysławem. Te informacje podane przez Michała Grynberga wymagają sprostowania. Sabina Holliinder została wyprowadzona przez Bronisława Przybyłkę nie z getta, lecz od państwa Miterów, mieszkających w Bochni przy placu Gazaris. Schroniła się u nich po wydobyciu się spod stosu ciał Żydów, rozstrzelanych przez Niemców 16 wrze- śnia 1943 roku. Skazana również na rozstrzelanie, została tylko ranna. Zdołała więc zbiec z miejsca egzekucji. Stanisław Mitera kierując się jej wskazówkami porozumiał się z Uszerem Weinfeldem, którego była ciotką, a który ukrywał się w bunkrze w Borównej u Michała Przybylki - sąsiada i kuzyna Bronisława. Tam też ukryła się Sabina Holkinder po przewiezieniu jej furmanką z Bochni przez wspomnianego już Bronka Przyłykę. Człowiek ten miał wielkie zasługi w ratowaniu ludności żydowskiej, nie posiadał jednak w tym okresie jeszcze bunkru u siebie; udzielał więc schronienia tylko przejściowo. W schronie u Michała Przybyłki, zbudowanym przy współudziale jego kuzyna Bronka specjalnie dla ratowania Żydów, oprócz Uszera Weinfelda i jego ciotki oraz Janiny Wulf z synem przebywało także kilku innych Żydów.

 

 

Strona Główna| Historia| Galeria MB Rajbrocka| Wernyhora| Jak trafić| Przyroda Z pergaminów|Cmentarze| Wojny|| Opinie Kontakt